Gmina Kolbuszowa. Mateusz Materla, mieszkaniec Kolbuszowej przeżył ciężki wypadek samochodowy. Opowiedział wpłynęło to na jego życie

  • 2.09.2018, 14:30
Gmina Kolbuszowa. Mateusz Materla, mieszkaniec Kolbuszowej przeżył ciężki wypadek samochodowy. Opowiedział wpłynęło to na jego życie Fot.M.Materla Abelard Giza, znany stand-uper, pomógł odkryć Mateuszowi nową pasję.
Życie. Jesteś, marzysz, planujesz. Wystarczy ułamek sekundy i wszystko może się zmienić. Budzisz się z przerażeniem, nie mogąc się poruszyć ani mówić. Okazuje się, że przespałeś dwa miesiące swojego życia.

 

Dzwoni budzik. Ten bezlitosny służbista upartym sygnałem nawołuje, że czas wstawać.  Dochodzi godzina 6, jeszcze śniadanie i trzeba się zbierać do wyjścia. Praca czeka. Mateusz siada za kierownicą swojego samochodu i zapina pasy. Taka zwykła czynność, a jednocześnie taka niezwykła.

 

 

 

Małe, wielkie marzenia

 

 

 

 

- Gdy leżałem w szpitalu, nie mogąc się ruszyć, rozmyślałem o tym, czy jeszcze kiedykolwiek będę mógł chodzić. A jeżeli tak, to czy jeszcze kiedykolwiek będę w stanie usiąść za kółkiem i  prowadzić samochód. Po prostu marzyłem o tym. Jedni marzą o bogactwie, inni o wycieczkach, a ja tak po prostu chciałem móc znów chodzić.  Jeździć. Żyć jak dawniej. To było jedno z moich wielu marzeń w tamtym momencie - wspomina nasz bohater.

 

Grafik dnia jest ustalony.  Najpierw praca.  Po powrocie do domu krótka chwila na oddech i rehabilitacja. W niektóre dni jeszcze siłownia, trzeba o siebie dbać, wzmacniać organizm. Gdy danego dnia akurat nie wypada rehabilitacja, jest nadwyżka czasu, którą warto wykorzystać.

- Czasami wybiorę się na jakiś stand-up do Rzeszowa albo po prostu spotykam się ze znajomymi, żeby pogadać - zaznacza Mateusz. Życie to ludzie. Relacje z innymi są bardzo ważne.\

Jak przebiega rehabilitacja?

- Ćwiczę z rehabilitantem, ale obecnie wygląda to tak, że on mi mówi, co mam robić i czasem pomaga, a ja ćwiczę sam. Cóż, po 8 latach  ciągłej fizjoterapii ja już doskonale pamiętam, co mam robić - śmieje się Mateusz. Lata temu, po wypadku mężczyzna nie był w stanie sam się poruszyć. To rehabilitanci poruszali jego rękami, nogami, aby "obudzić" mięśnie, przypomnieć im, po co są.

- Czasami do tego dochodzą masaże, wirówka, elektrostymulacje, lampy, prądy Kotza.  Na przestrzeni lat 2011-2015 byłem pięć razy w sanatoriach, na intensywnej rehabilitacji -  Mateusz wylicza rodzaje zabiegów, jakim musi się poddawać.

 

 

Życie przed wypadkiem

 

 

 

 

- Lubiłem grać w piłkę, sporo jeździłem na rowerze, głównie w weekendy albo gdy skończyłem wcześniej zajęcia na uczelni - wspomina. Mateusz studiował elektronikę i telekomunikację na Politechnice Rzeszowskiej. Normalna egzystencja młodego chłopaka. Niestety, nikt nigdy nie może być pewien tego, co szykuje dla niego los.

W 2010 roku nasz bohater rozpoczął trzeci rok studiów. Wszystko działo się utartym tokiem: dom, uczelnia, dziewczyna, znajomi. Radości i czasem problemy, jak to w życiu. Wystarczył ułamek sekundy i 27 listopada 2010 roku zmieniło się wszystko. Huk i jakby ktoś zgasił światło. Pstryk i nie ma nic. Co do tej pory było ważne, nagle przestało być istotne.

 

 

 

Wiadomość

Mateusz nie pamięta wypadku. Siła uderzenia była tak wielka, że mężczyzna został wyrzucony przez boczną szybę. Jak mówi, oszacowano, że przyjął na siebie obciążenie 1,5 tony. Zdarzenie, które miało tak diametralny wpływ na jego życie, zna jedynie z opowiadań. Jego pamięć wymazała nie tylko ten dzień, ale i niemal cały miesiąc poprzedzający go. Dlatego poprosił o zabranie głosu swojego tatę, Macieja.
- Była dokładnie godzina 12 w południe, w sobotę. Małgosia (siostra Mateusza - przypis redakcji) zadzwoniła zapłakana, że Mateusz miał wypadek samochodowy - mówi pan Maciej i wspomina, że pojechał po mamę Mateusza i siostrę, aby jak najszybciej być na miejscu.  - Pojechaliśmy do Tarnobrzega do szpitala. Gdy zajechaliśmy, jeszcze trwała tomografia. Lekarz przekazał nam, żeby przygotować się na najgorsze - mówi ojciec.  W szpitalu doszło do zatrzymania akcji serca. Na szczęście lekarze zdołali ją przywrócić.
 
- Widziałem go przez moment, gdy przewożono go na salę operacyjną. Złapałem go za rękę i powiedziałem: "Trzymaj się Mateusz". Tylko tyle mogłem zrobić - opowiada pan Maciej, wyraźnie poruszony.
 

Mateusz przeszedł poważną operację. Dla całej rodziny były to długie godziny w strachu, niepewności, ale także pełne nadziei. - Jak już było wiadomo, że przeżył operację, to mieliśmy nadzieję, że za godzinę, za dzień on się obudzi i wszystko będzie dobrze. Niestety, tak się nie stało - opowiada pan Maciej. Wkrótce okazało się, że jeden z dużych krwiaków mózgu się nie wchłonął i konieczna będzie druga operacja. Mężczyzna znów trafił pod nóż.

 

 Spałem dwa miesiące

Śpiączka zawładnęła Mateuszem, rozgościła się  i nie chciała odpuścić.

- Od czasu do czasu drgnął mu palec czy powieka, to wszyscy mieliśmy nadzieję, że się zaraz ocknie - relacjonuje ojciec Mateusza. Osłabiony organizm potrzebował jednak więcej czasu na regenerację. Pierwsze przebłyski świadomości zaczęły się pojawiać około świąt Bożego Narodzenia. Nasz bohater na dobre obudził się końcem stycznia. Co czuł po przebudzeniu? - Obudziłem się normalnie, jak każdego dnia. Myślałem, że to zwyczajny, kolejny dzień, poranek jak co dzień. Przede wszystkim dlatego, że wcale nie czułem bólu. Zastanowiło mnie tylko to, że wokół siebie zobaczyłem tyle ludzi.

Przecież to nie zdarza się na co dzień - wspomina Mateusz. - Dlatego zaczęło do mnie docierać, że coś się chyba musiało wydarzyć. Chciałem więc o to zapytać i tutaj nastąpił szok. Nie mogłem z siebie wydusić słowa. Nie mogłem też ruszyć rękami i nogami. Zacząłem panikować - opowiada.

 

 

To tylko sen

Jak czuje się człowiek w takiej sytuacji, większość z nas (na szczęście) może sobie tylko wyobrazić.
 - Myślałem, że to jest tylko zły sen. Pomyślałem, że tylko muszę się obudzić i wszystko znów będzie ok. Zamykałem i otwierałem oczy w nadziei, że ten sen minie, że coś się zmieni. Nie zmieniło się nic. To było straszne - wspomina chłopak. - Rodzice od razu mi wytłumaczyli, co się stało, ale ja nie chciałem wierzyć. Nie pamiętałem kompletnie nic - opisuje młody mężczyzna.
Mimo szczęścia, że wybudził się ze śpiączki, były to też trudne chwile dla całej rodziny. Po głowach wszystkich kołatały się myśli, czy będzie jak dawniej, czy kiedykolwiek wróci do sprawności. - Wszędzie miałem rurki. Tracheotomijna, cewnik, sonda - wspomina Mateusz, krzywiąc się.  - Gdy leżałem w szpitalu, nieraz nie mogłem zasnąć całą noc. Nie jestem specjalnie religijny, ale wtedy się modliłem. Miałem pretensje do Pana Boga, dlaczego właśnie mnie to spotkało. Prosiłem, żeby mnie uzdrowił albo zabił, bo ja tak nie chcę żyć...
 

Rozmowa oczami

Mateusz był świadomy, ale nie mógł ani mówić, ani się poruszyć.
- Gdy otworzył oczy i był  świadomy, i potrafił kiwnąć na "tak" czy" nie", wiedzieliśmy, że rozpoznaje osoby - relacjonuje ojciec Mateusza, opisując początkowe próby komunikacji z wybudzonym ze śpiączki  synem.  Jak to mówią, potrzeba jest matką wynalazków, pan Maciej wpadł więc na pewien pomysł. - Wydrukowałem klawiaturę na kartce papieru. Pokazywałem na niej literka po literce, a on mrugał powiekami . Tak składaliśmy słowo, dwa słowa, zdanie.
W ten sposób z nim rozmawiałem. Wiedziałem, co można poprawić, jak mu pomóc choć trochę w cierpieniu - wspomina tata naszego bohatera. - Przekazałem lekarzom, że Mateusz bardzo skarży się na ból lewej nogi. Byli bardzo zdziwieni, skąd mogę to wiedzieć. Wtedy pokazałem im, jak można się z nim komunikować.

Nauka mówienia po raz drugi

Mateusz robił postępy. Małe, ale jakże ważne. Każdy drobny progres był powodem do dumy dla niego i ogromną radością dla jego najbliższych. Nadszedł dzień, kiedy można było usunąć rurkę tracheotomijną.  - Myśleliśmy, że gdy zostanie wyciągnięta rurka tracheotomijna, będziemy mogli z nim porozmawiać, ale on musiał się nauczyć mówić na nowo. Dla mnie był to szok. Logopeda przystawiła mu bibułkę do ust, a on nawet nie był w stanie dmuchnąć - wspomina pan Maciej. Intensywna rehabilitacja, jakiej był poddawany mężczyzna, przynosiła dobre efekty. Szybciej odzyskiwał władzę w lewej stronie ciała.
 

Powrót do sprawności

Postępy, jakie robił, cieszyły nie tylko jego samego, ale też rodzinę i personel szpitala.
- Na jednej z wizyt lekarz poprosił go, aby ruszył palcem prawej ręki. Ruszył. To samo z nogą. Mateusz śmiał się później, że wcześniej nimi nie ruszał, bo nikt go o to nie poprosił - mówi pan Maciej. - Ćwiczyliśmy chodzenie popołudniami. Zaczynało się od jednego czy dwóch kroków, kiedy ja go asekurowałem, aby w  razie czego go złapać. Gdy wychodził ze szpitala po pięciu miesiącach od wypadku, rekord wynosił 125 kroków - opowiada ojciec Mateusza.

 - Ze szpitala 20 kwietnia wywieźli mnie na wózku. Miesiąc później było dużo lepiej, wchodziłem już o kulach do szpitala w Rzeszowie. Stamtąd 7 lipca wyszedłem już o własnych siłach, kulami się tylko podpierałem. Te postępy niesamowicie mnie cieszyły - mówi Mateusz, wspominając też swoje "treningi" w domu, gdy chodził, podpierając się o ściany. W powrocie do zdrowia pomagała i kibicowała mu cała rodzina oraz znajomi. Po  jakimś czasie Mateusz wrócił na studia. - Potrzebowałem tylko rok urlopu dziekańskiego. Zważywszy na to, w jakim stanie byłem, uwinąłem się z tym błyskawicznie - mówi. - Cieszyliśmy się, że wrócił na studia i do kolegów. Biorąc pod uwagę stan, z jakiego wyszedł, było to ogromne osiągnięcie - komentuje ojciec.

 

Mateusz ukończył swój kierunek. Jest absolwentem politechniki. Ojciec Mateusza ma jeszcze coś ważnego do przekazania. - W takim przypadku liczy się każda chwila, walka od pierwszego momentu o tego kogoś. Chce czy nie chce, rehabilitację trzeba zapewnić jak najszybciej i jak najlepszą, to jest niesamowicie ważne. Pierwsze tygodnie są kluczowe. Warto by było, żeby ludzie o tym wiedzieli. My musieliśmy się tego uczyć - mówi pan Maciej.
 
 
Więcej w numerze 34/2018 Korso Kolbuszowskie
Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu korsokolbuszowskie.pl. Agencja Wydawniczo Reklamowa Korso Spółka z o.o. z siedzibą w Mielcu, ul. Biernackiego 1/4, 39-300 Mielec jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Pozostałe

optAd360 AI Engine -please insert this code on EVERY PAGE at the top of thesection- ---------------------------------------------------------------